poniedziałek, 18 grudnia 2017

Takie niespodzianki to ja lubię :)

Mogę teraz napisać o co chodziło w moich poprzednich postach. A mianowicie przez pewnych ludzi, którzy za nic mają dane słowo i osobiste relacje, przez różne perturbacje i sytuacje, musieliśmy zdecydować, że Artur wyjedzie na jakiś czas zagranicę... To były najgorsze 4 miesiące mojego życia chyba... Gdy miałam na głowie cały dom, gospodarstwo, dziecko, szkołę itp.... W sumie to mało ważne, ale ważne jest to, jak bardzo czułam się samotna.... Byłam jak w jakimś marazmie, który trwa, i trwa, i trwa....
Artur miał wrócić 10 grudnia. Ja oczywiście już trzy tygodnie przed jego powrotem myślałam o tym, jak bardzo będę się stresować jego drogą powrotną.
26 listopada, gdy trwały u mnie warsztaty łucznicze, wyglądam przez okno słysząc nadjeżdżające kolejne auto. Zdziwiłam się, bo już wszyscy uczestnicy byli na miejscu. No i kto podjechał??? Artur :) Śmialiśmy się, że chyba pierwszy raz w życiu udało mu się zrobić mi jakąś niespodziankę :D Zawsze się ze wszystkim zdradzał :) Tym razem udało się i jeszcze na dodatek wciągnął w to kilka osób ;)
Mi wielki kamień spadł z serca.... Jesteśmy razem i jest cudownie :) Takie rozłąki dają nam do zrozumienia, jak bardzo kochamy tę druga osobę.
No jak go nie kochać? ;)

sobota, 25 listopada 2017

Czym jest samotność?

Ja generalnie jestem dzikusem.
Dzikim odludkiem, osobą, która raczej mało dba o to, jak ją widzą inni, o stroje, o paznokcie i awangardowy makijaż. Zresztą i tak za bardzo nie mogę się malować, bo mam bardzo wrażliwe oczy - kiedyś wylądowałam u lekarza z czerwonymi plackami wokół oczu o średnicy jakichś 10-ciu cm. Okazało się, że to albo uczulenie na szkła kontaktowe, albo na makijaż. Więc od tej pory oszczędzam i na jednym, i na drugim ;)
A czemu dzikim odludkiem jestem?
Trudno mi jest się odnaleźć w nowej społeczności, wśród nowych znajomych, na szczęście stwarzam ponoć pozory osoby bardzo otwartej ;) Wolę mniej osób w moim otoczeniu, ale takich prawdziwych, szczerych, i po prostu miłych. Nie lubię wielkich imprez, wesel, dyskotek - nigdy nie lubiłam. Zawsze wolałam kameralne spotkania w małym gronie znajomych.
Ale do sedna - czym jest samotność? Czy jest wyborem, czy przypadkiem, czy niefortunnością losu? Chyba wszystkie te wymienione "sposoby" mogą się przydarzyć i funkcjonować... I tak się zastanawiam nad sobą.... W moim przypadku jest to chyba jednak wybór.... Wynika po pierwsze z mojego charakteru, czyli obawy przed niezrozumieniem, z tym, że nie lubię hałasów, z tym, że mam inne zainteresowania niż ludzie wokół (lalki, sztuka...fuj!). No i z tego, że chyba po prostu lubię być sama.
Niestety to ogranicza mi poznawanie nowych osób, utrzymywanie kontaktu z poznanymi już znajomymi...
Czy nie ma tak czasami, że zastanawiacie się - czemu ona/on się nie odzywa? Mam na myśli kogoś bliskiego, znajomego, przyjaciela. A czy czasami nie okazuje się, że to my nie wykazujemy zainteresowania? Na pewno.
Przyjaźń.... Często, gdy oglądam filmy, w których tematem jest przyjaźń, są np cztery, czy trzy, czy dwie przyjaciółki, które w każdej chwili mogą do siebie wpaść, zadzwonić o każdej porze dnia i nocy, to aż mi łzy w oczach stają... fajnie mają, sobie myślę. No i mają zasięg, żeby wygodnie leżąc na łóżku móc zadzwonić i godzinami gadać o lakierze do włosów. Ja ani o lakierze nie pogadam (chyba że do impregnowania drewna), ani wygodnie, bo zasięg mam w takim miejscu, że muszę mieć głowę przechyloną na bok i stać na jednej nodze!
A kończąc tę tyradę: wiecie, co mi mąż ostatnio powiedział? A powiedział mi tak: "Ty jesteś moją przyjaciółką i moją miłością. Nie potrzebuję nikogo innego." Cudownie usłyszeć takie słowa po iluś wspólnych latach życia, gdy nie dość, że związek się nie rozluźnił, uczucia nie przygasły, to jeszcze jest mocniejszy i dojrzalszy niż, gdy braliśmy ślub.
Kocham Cię, Artur.

środa, 22 listopada 2017

Aaaaa!!! Nie moge w to uwierzyć!!!

Nie mogę uwierzyć w to, że czas tak szybko płynie! Przerwa w pisaniu bloga to już ponad rok!!!!
A tak dużo się u nas wydarzyło... Ale teraz aż ciężko sobie przypomnieć, bo to aż 14 miesięcy!!!
Wykluły nam się nasze pierwsze kaczuszki. Aż sześć! Wykluły się w czerwcu, ale do dziś przetrwało niestety tylko jedno maleństwo... Trzy znajdowaliśmy kolejno martwe na "wybiegu", jedna po prostu zniknęła jakby się w powietrzu rozpłynęła, a jedną załatwił pies... Nasz kochany Kolega, który jest najłagodniejszym ze wszystkich psów na świecie... Ale chyba tak nas kocha, że nie mógł znieść dzielenia się naszą miłością z kolejnymi przybłędami.

Kaczuszki podczas swojej pierwszej kąpieli :)
Pozostał tylko Frodo, to jedna z tych "łaciatych" kaczuszek. Ale nie mamy pojęcia, czy to samiec, czy samiczka :)

Przyzwyczajam się do tego, że prawa natury nie są łatwe...że zwierzęta odchodzą, czy tego chcemy, czy nie... Strasznie to trudne, ale jeśli sobie uświadomimy, że na większość z tych rzeczy nie mamy wpływu, to troszkę łatwiej...

Życie w ogóle jest trudne... Może właśnie dlatego dziś zdecydowałam się tu zajrzeć i napisać parę słów?.... Są chwile, gdy czuję totalną niemoc i smutek, ale wiem, że muszę być silna... Dla Jagody....
Teraz mam taki ciężki czas, bardzo ciężki. Są to chwile, gdy człowiek przekonuje się, jak bardzo jest samotny i że każdy ma swoje życie i ciężko wymagać od znajomych, czy przyjaciół, aby byli przy nas. Każdego problemy są najważniejsze dla niego. I z tym też trzeba się pogodzić. I jakoś sobie radzić.
Ściskam Was bardzo, bardzo mocno.
Anstahe - a Ciebie uwielbiam. To w sumie dla Ciebie ten post. Obiecuję, teraz już solennie, że będę pisać <3

Ps. W moim małżeństwie jest wszystko w porządku, jeśli ktoś pomyślał inaczej :)
Ps2. Właśnie, gdy szukałam pewnych informacji w necie, oczom moim ukazał się artykuł, który jakiś czas temu napisała o nas pewna młoda pani redaktor. Polecam, jeśli chcecie dowiedzieć się o nas ciut więcej :) ----> Dom nad Zielawą